Był wielki hype, była wielka ekscytacja, a potem LEGO zaprezentowało te zestawy na licencji Formuły 1, i… coś wyraźnie w nich nie wyszło. Nie chodzi mi tu o same konstrukcje, one są w porządku, uważam, że to organizacja i wykonanie tej wielkiej współpracy mocno nie dowiozły.

A więc w tym artykule chciałbym wreszcie przeanalizować całą tą wielką akcję – nie konkretne zestawy, a raczej fale z każdej serii, ich znaczenie, zmarnowany potencjał, a także podsumować sobie te wszystkie premiery, i to, jak LEGO F1 nie dowiozło.

Licencje w City?

To chyba była największa zmiana, jaką wniosły zestawy z F1 w City. Licencje.

Od pojawienia się pierwszych przecieków o konstrukcjach z Formuły 1 w tej serii, myślałem, że zespoły będą całkowicie fikcyjne – tak w końcu dotąd było, zakładałem, że na bolidach pojawią się logotypy Vita Rush, Octan czy Sport, City ma w końcu duży katalog nieistniejących marek. Ale nie, samochody rzeczywiście noszą na sobie symbole Red Bulla, Mercedesa czy Visa Cash App Racing Bulls Formula One Team (w tym wypadku po prostu trzymajmy się skrótu VCARB). Najciekawsze jest jednak to, że wszystko poza bolidami nie otrzymało tej przyjemności.

Zapewne to po prostu kwestia kompatybilności, żeby każdy bolid mógł korzystać z tej infrastruktury, ale wciąż trochę szkoda. Wszystkie te konstrukcje wydają się przez to trochę nijakie, jakby były wręcz reklamą F1 jako wielkiej firmy, nie jako sportu.

Skoro jednak stawiają na kompatybilność, czemu w City nie dostaliśmy jakiegoś porządnego ekosystemu? Wydaje się to oczywiste – każdy zestaw to swego rodzaju moduł, wszystkie można połączyć razem, aby zebrać dziesięć aut zespołów i zbudować cały tor z aleją serwisową, garażami, trybunami, linią startową, podium. Przecież to samo zrobili w podserii Stuntz, a nawet w Space, gdzie działało to jeszcze pomiędzy seriami, naprawdę nie rozumiem, jak mogli zmarnować ten potencjał.

Ta linia w CIty idzie również w bardzo minimalistyczny, elegancki, wręcz trochę nierealny i komiksowy styl, który w tej serii zaczyna dominować już od paru lat, ale w tym przypadku został podkręcony do maksimum. Wszystko jest zbudowane w zaledwie kilku kolorach, konstrukcje są wygładzone, zaokrąglone, mało w nich detali, całość wydaje się wręcz… plastikowa, i może jest to dosyć ironiczne, bo mówimy tu o klockach, ale brakuje tym modelom tekstury, która je by trochę urealniła.

Ogólnie jednak zestawy wypadają całkiem nieźle – są wyjątkowo drogie jak na City, ale licencja swoje niestety kosztuje, i chyba najgorszym punktem całej tej formułowej fali są, o, ironio, bolidy – wydają się bardzo kanciaste, proste, i małe przy minifigurkach, co również jest śmieszne, bo zwykle wszelkiego rodzaju pojazdy są przy nich ogromne.

Samochodom F1 nie pomaga również bardzo ograniczona kolorystyka, i, ogólnie, da się zrobić lepsze sześciostudowe bolidy, co pokazało lata temu Speed Champions. No właśnie, powinniśmy pomówić o Speed Champions, bo jasne jest, że jeśli szukacie bolidu, to raczej nie sięgniecie po zestaw z City, a ze Speed Champions. (Nie martwcie się, powtórzenia są celowe). A wybór nagle stał się ogromny.

Najważniejsza fala

Od początku wiadomo było, że Speed Champions będzie punktem kulminacyjnym wielkiej współpracy z Formułą 1 – w końcu słynęła z fantastycznie oddanych samochodów, a wśród nich znalazło się również sporo bolidów F1. Tak więc marcowa fala przyniosła nam ich… dziesięć.

Jako że żaden zespół nie powinien być wykluczony, auta wszystkich zostały oddane w klockowej formie. I czy był to dobry wybór, nie wiem.
Przede wszystkim, są to bolidy z sezonu 2024, a wydane zostaną na początku 2025 – i choć pewnie nie zmienią się kosmicznie, w niektórych przypadkach zmiany na pewno będą widoczne.

Ważniejszy jest jednak fakt, że parę z tych samochodów już dostaliśmy – Mercedes, McLaren i Aston Martin miały już swoje bolidy w zestawach Speed Champions. Owszem, pierwszy z nich jest już wycofywany i nie zestarzał się najlepiej, a drugi przeszedł całkiem spore zmiany w kształcie i malowaniu, ale trzeci… trudno od razu powiedzieć, który Aston jest który. Chociaż źle oddane kolory się nie zmieniły.

No właśnie, kolory – to chyba tylko one istotnie pomagają odróżnić bolidy od siebie. Doceniam to, że projektanci nie przekopiowali po prostu jednego projektu, tylko rzeczywiście pracowali osobno nad każdym autem, ale ostatecznie różnice są naprawdę niewielkie, i sprowadzają się do inaczej zbudowanych boków, a także tyłu wraz z wlotem powietrza. I jest to nie do zauważenia na pierwszy rzut oka.

Przed zlaniem się w jedną wielką plamę ratuje te modele jedynie malowanie – dlatego, kiedy jest nieciekawe jak w Haasie czy Mercedesie, cała konstrukcja staje się o wiele mniej atrakcyjna. (Chociaż, umówmy się, wszyscy i tak kupią auto swojego ulubionego zespołu).

Prawdą jest również, że te pojazdy wyglądają jak bilbordy reklamowe, i z pewnością jest to trochę problematyczne – raz, że naklejek w tych zestawach będzie mnóstwo, chociaż widać też sporo nadruków, ale niektóre z tych firm mogą być też trochę niebezpieczne do umieszczania na zabawce.

Tym sposobem bolid Saubera jest prawie pusty – znając reputację zespołu, współpracują pewnie z jakimiś podejrzanymi chińskimi sprzedawcami kryptowalut, a oba auta Red Bulla są pierwszymi zestawami Speed Champions 18+ – tylko dlatego, że napój o tej nazwie jest przeznaczony dla dorosłych.

Nie są one jednak jedyne – wydany ma też zostać ogromny dziesięciopak, zawierający wszystkie te bolidy, oraz jakieś ekskluzywne plakaty. I nie mam pojęcia, o co z nim chodzi, jaka jest jego dostępność, czy wyjdzie poza Stany Zjednoczone i Amazon, po prostu nie wiem, co się z tym dziwacznym zestawem dzieje, i chyba nie chcę wiedzieć.

Ponownie muszę jednak przyznać, że wszystkie te budowle wyglądają fantastycznie, odwzorowano je świetnie, i same w sobie są naprawdę świetnymi propozycjami dla fanów. Najbardziej zawiodłem się na ich minifigurkach – nie dostaliśmy konkretnych postaci kierowców, co może jest zrozumiałe, bo niektóre zespoły zmieniają ich jak skarpetki, ale jednocześnie pojawiają się oni w klockowej formie w social mediach, i jeśli bolid jest i tak nieaktualny, to mogą tam też wrzucić niejeżdżacego już kierowcę. Spokojnie jednak, bo w maju dostaniemy też serię kolekcjonerskich minifigurek z Formuły 1… a, nie, to nie minifigurki.

Seria minifigurek… bez minifigurek

Nie mam pojęcia, jak obecnie klasyfikowany jest ten zestaw, nie ma na sobie loga serii, numer mówi o Minifigures, ale minifigurek w nim brak, to jednak wciąż pudełka z losową zawartością, a artykuły prasowe mówią, że to Collectibles, co może nie oznaczać rebrandu serii, i nie wskazuje na niego też pudełko najnowszej serii minifigurek… uff, to było długie zdanie.

Klasyfikacja tego zestawu (chociaż i tak nie wiem, czy można takowym go nazwać) jest jednak równie dziwna, co jego zawartość. Bo to po prostu małe bolidy z wielkimi głowami.

I to nawet nie chodzi o to, że są one brzydkie, bo wyglądają całkiem nieźle, może nawet równie dobrze, co alternatywy z City, i totalnie widziałbym taki model w jakimś polybagu… ale seria kolekcjonerskich… nie minifigurek, konstrukcji? Wygląda to jak coś rodem z jajka-niespodzianki czy, co gorsza, bazarku nad morzem, tym bardziej, że chcieli mieć tu dwanaście opcji, a więc dorzucili bolid F1 Academy i… jeden po prostu mówiący F1.

Po prostu nie widzę sensu tej serii, nie dostajemy tu żadnych uniwersalnych nowych odlewów czy nadruków, i równie dobrze w tym miejscu mogłaby się znaleźć jakaś wspaniała, kreatywna seria minifigurek kolekcjonerskich.

A w Technicu cisza…

No dobra, dostaniemy z Technic dwa zestawy – wielkie bolidy Ferrari i Red Bulla, w tej samej skali, co wydane wcześniej pojazdy Mercedesa i McLarena. I są to naprawdę świetne konstrukcje, wyglądają dobrze, są naszpikowane kreatywnymi mechanizmami, problemem jest tylko fakt, że… to wszystko. Dwa wielkie, drogie zestawy, w zeszłym roku dostaliśmy przynajmniej mały bolid Mercedesa, i fajnie by było znowu dostać coś w wejściowej cenie, w mniejszej skali, ale nie. Okej?

Coś poza tym?

Dodatkowo z F1 otrzymaliśmy po jednym zestawie z Duplo i Classic, co nikogo nie interesuje, a także kolejny historyczny bolid z Icons – i wygląda on fantastycznie, dostajemy tam też minifigurkę kierowcy, więc za to ogromny plus, ale poza tym… nic.

I teraz nie rozumiem, czemu w Icons nie możemy dostać bolidu w skali tych dużych samochodów, albo czegoś niebędącego pojazdem, czegoś bardziej na półkę. Mogliby na przykład wydać puchar mistrza świata 2024 w skali jeden do jednego, albo miniserię małych dioram ze słynnymi torami, ale zdecydowali się na jeden, jedyny zestaw, który jest trochę recyklingiem pomysłu sprzed roku. I właśnie taki jest problem z tym LEGO F1 – bierze ono bolidy jako całość tego sportu. A tak nie jest.

Chaos.

Prawda jest taka, że nie wygląda to zupełnie jak zorganizowana, wielka współpraca. Owszem, pudełka mają podobny wzór w niektórych seriach, ale to wszystko. W LEGO Space dostaliśmy spójną stylistykę i moduły, które można było łączyć pomiędzy tematykami, wiele zestawów w różnych stylach i kategoriach wiekowych, a przedsięwzięcie zostało rozciągnięte na pięć miesięcy premier. Z Formułą 1 wygląda to tylko tak, jakby po prostu zbiegiem okoliczności wydano wiele zestawów o podobnej tematyce w jednym momencie.

Brakuje tu torów, trybun, czegoś, aby pokazać, że rzeczywiście dzieje się tu wyścig, w City nie ma nawet prostego pucharu jako akcesorium dla kierowcy, więc równie dobrze można uznać akcję tych zestawów jako jazdy testowe czy jedną wielką reklamę F1. Nie ma tu jakiejś spójnej narracji, motywu przewodniego, czegoś, co połączyłoby te konstrukcje, i przede wszystkim, nie ma tu niemalże nic innego niż same bolidy. I to w najprostszej formie.

Nie wiem, może LEGO F1 będzie się rozwijać, i w końcu zobaczymy na przykład zestaw Art oparty na jakiejś słynnej scenie z wyścigu, ale wątpię, czy w ogóle będą tą linię kontynuować, budować na zestawach, które wydali. Bo bezpieczne opcje już się im skończyły.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *