Ignacy / Recenzje / LEGO Icons, LEGO Icons: Historia LEGO, LEGO 18+, Recenzje specjalne
data
Galaktyczny Odkrywca stał się właśnie moją ulubioną konstrukcją w kolekcji.
W tej recenzji specjalnej przyjrzymy się zestawowi, który jest czymś więcej niż fantastyczną budowlą, to LEGO w najczystszej postaci i hołd dla ponad dziewięćdziesięcioletniej tradycji marki. Oraz, jak na razie, jeden z najlepszych modeli tej dekady.
Zestawy 18+ zazwyczaj od samego początku próbują nas przekonać, że są wyjątkowe swoim czarnym pudełkiem czy pełną detali instrukcją. Galaktyczny Odkrywca robi to na kosmiczną (nomen omen) skalę – chociaż prawda jest taka, że to rzeczywiście specjalny przypadek. W dobrym sensie.
W 2022 roku LEGO obchodziło swoje dziewięćdziesięciolecie, i z tej okazji wydało dwa rocznicowe zestawy, będące remake’ami budowli ze starych, zakończonych dawno tematyk – i pozwolono fanom je wybrać w głosowaniu. Zwyciężyły Castle i Classic Space, co było raczej przewidywalne – i wynikło to w wydaniu Galaktyczny Odkrywcy, który naprawdę poważnie oddaje hołd staremu zestawowi.
I zaczyna się to od samego pudełka, które wygląda naprawdę świetnie. Jakimś cudem połączyli klimat retro ze współczesnymi czcionkami i renderami, i efekt to chyba jeden z najfajniejszych kartonów LEGO w ostatnich latach. Uwielbiam tą żółto-niebieską kolorystykę, czcionki, ramki i tło jak w oryginalnym zestawie – a to dopiero początek.
W środku pudełka znalazły się klasyczne, plastikowe woreczki, kartka mówiąca o tym, że niedługo zastąpione zostaną papierowymi, a także instrukcja – prawdziwa kopalnia złota.
Pierwsze sześć stron jest przepełnione ciekawymi, kolorowo przedstawionymi informacjami o procesie powstawania i genezie zestawu, i od razu widać, że projektant, Michael Psiaki, traktuje ten zestaw bardzo poważnie – a jednocześnie wystarczająco niepoważnie, aby zrobić sobie zdjęcie w kostiumie klasycznego astronauty i wrzucić je do instrukcji.
Dodatkowo w proces budowy wplecione są różne małe notatki, pokazujące, jak bardzo przyłożył się do oddania klimatu oryginalnego Galaktycznego Odkrywcy.
Szalony fakt – zestaw o numerze 928, czyli pierwszy Galaktyczny Odkrywca, jest ode mnie ponad dwa razy starszy. Gdy wydano go w 1979 roku, oferta LEGO była zupełnie inna – istniała jedna twarz dla minifigurki, zaledwie parę kolorów, i znacznie mniej różnych elementów do wyboru, a wszystkie serie, wszystkie zestawy, były oryginalnymi pomysłami LEGO.
Teraz czasy się zmieniły, ale cieszę się, że remake nie został zrobiony tak jak Zamek rycerzy herbu Lew, wydany w tym samym czasie również z okazji rocznicy – tamta budowla miała w sobie zaledwie szczątki oryginału, podczas gdy nowy Galaktyczny Odkrywca… cóż, to Galaktyczny Odkrywca, tyle że większy i współcześniejszy. I wygląda naprawdę obłędnie.
Nowy zestaw jest półtora razy większy od oryginału, co przekłada się na naprawdę wielki statek – naprawdę majestatyczny statek. Uwielbiam tu w sumie wszystko, kolory działają świetnie – i, co jest naprawdę czadowym detalem, wszystkie barwy, które zostały użyte w tym modelu, były dostępne w 1979. (Poza szarym, zmodyfikowano go trochę przez te lata). I to jest poziom zaangażowania, jaki włożyło tu LEGO.
Chyba w ogóle powinienem zacząć od kształtu tych szarych… skrzydeł? Czy to skrzydła? Nie wiem, ale to, jak je zbudowano, jest naprawdę fascynujące. Listwy po bokach idealnie dopasowują się do ściętych płytek, a także kolejnych listew, ustawionych pod innym kątem. To, jak te wszystkie klocki do siebie pasują, jest naprawdę szalone, a techniki budowania, które pozwoliły na ten efekt, to prawdziwa sztuka. Składanie tego było świetną zabawą.
W ogóle ta część wygląda fantastycznie, ostry, zakończony działkami (?) dziób płynnie przechodzi w szerokie skrzydła, które zwężają się, prowadząc do końca statku zakończonego światłami nawigacyjnymi (zielonymi z tyłu, czerwonymi z przodu – jak w oryginalnym zestawie).
Wszystkie te płaty są wyprofilowane, szersze na górze, i węższe na dole, gdzie umieszczono też trzy proste, ale skuteczne podstawki umożliwiające lądowanie. Można je łatwo schować, stabilizują one dobrze statek, i mi tylko ciągle się rozpadają, gdy za mocno je pociągnę.
Na skrzydłach zamocowano też silniki – oba identyczne, i oba naprawdę bardzo ładne.
Sprawiają wrażenie potężnych, widać w nich wiele jakichś mechanicznych elementów, i podłączone są do kadłuba jakimś dziwnym łącznikiem z anteną, wygląda to naprawdę bardzo fajnie.
Dodatkowo silniki po odłączeniu od statku mogą działać jako samodzielne pojazdy dla astronautów – nie widzę ku temu powodu, ale okej, to zawsze jakaś funkcja zabawowa.
Pomówmy jednak o centralnej części Galaktycznego Odkrywcy – niebieskim, długim, wąskim kadłubie. Wygląda on super, bardzo podoba mi się, jak jego przednia część biegnie od dziobu i chowa się tuż przy rufie, uwielbiam te wielkie, żółte szybki, a także sposób, w jaki ten przód jest zbudowany – ustawienie go pod tym kątem nie było łatwe.
Dodatkowo kadłub przyozdobiono lampami, ikonicznym logotypem Classic Space, a także numerem LL928 – w tym uniwersum to pewnie jakiś kod tego statku, który zresztą pojawił się na oryginalnym Galaktycznym Odkrywcy – i nawiązuje on do numeru tamtego zestawu, właśnie 928. Kiedyś miały one po trzy cyfry, wyobrażacie to sobie?
Rufa kadłuba wygląda już trochę gorzej – wciąż nie źle, ale to zdecydowanie najnudniejsza z zewnątrz, a przy tym chyba najlepiej odwzorowana część oryginału, bo tam rzeczywiście był to jeden wielki prostopadłościan.
Trochę jednak ten fragment tu przyozdobiono, znalazły się tu małe dopalacze (nie, to nie megafon), dwa schowki – jeden na broń, drugi na zapasowe butle z tlenem – oraz… strzałka.
Nikt chyba nie wie, po co się ona tam znajduje, była w oryginale, jest też tutaj, chociaż w tym wypadku to nie nadruk, a sprytnie wbudowana w ścianę tarcza z Nexo Knights.
Z tyłu mamy też zamontowane dwa kolejne silniki, a na górze umieszczono ogromne tylne skrzydło – i wygląda ono czadowo, świetnie dopełniając Galaktycznego Odkrywcę.
Zajrzyjmy więc do środka – oryginał posiadał zaledwie jedną białą kierownicę, więc projektant musiał improwizować – i wyszło to tak dobrze, że to chyba moja ulubiona część statku.
A więc na samym przodzie Galaktycznego Odkrywcy znajduje się oczywiście kokpit. Wydaje się on wręcz luksusowy, wykończony na biało, czysty i elegancki. Znalazły tu się siedzenia dla czteroosobowej załogi, w tym dwóch pilotów – obaj dostali kierownice do sterowania statkiem, i to kolejny hołd dla oryginału.
To jednak nie jest już jedyny przyrząd, który mają do dyspozycji, bo w kabinie znalazło się też mnóstwo zielonych ekranów – i wszystkie to nadruki, głównie ekskluzywne dla tego zestawu. Nie znajdziemy tu naklejek – to kolejny ukłon w stronę fanów.
Przechodząc przez (trochę za niski) korytarz łączący dwa pomieszczenia, z tyłu znalazła się przestrzeń do badań i odpoczynku. Umieszczono tu dwa futurystycznie wyglądające łóżka, zaprojekowane tak, aby astronauci mogli spać bez zdejmowania butli tlenowych.
Całą resztę pokoju zajmują kolejne ekrany i komputery – najpewniej używane są do jakichś celów badawczych.
Galaktyczna Odkrywca kryje w sobie jednak jeszcze jedno pomieszczenie – garaż na samym tyle statku. Dostać się do niego można przez fajnie wykonaną śluzę powietrzną – której drzwi wydają się trochę zbyt skomplikowane.
To jednak nie jedyny sposób, aby dostać się do tego sekretnego garażu – tak jak w oryginale, można otworzyć tył na dwa boki, a następnie, co ujawni ukryty tam łazik.
Co więcej, pojazd wyjeżdża sam, gdy wysunie się płytkę, obniżając wcześniej próg ją blokujący – i jest to niesamowicie satysfakcjonujące, mogę to robić w kółko i wciąż.
Sam łazik to raczej prosta konstrukcja, zdecydowanie wygląda jednak futurystycznie i pasuje do klimatu statku. Wraz z mechanizmem, to naprawdę genialny detal, który perfekcyjnie uzupełnia Galaktycznego Odkrywcę.
Minifigurki widzieliście już wcześniej na zdjęciach wnętrza – to oczywiście klasyczni astronauci, którzy jakimś cudem nie starzeją się i wciąż wyglądają czadowo. Jest ich tutaj czwórka – dwóch białych i dwóch czerwonych, tak jak w oryginale.
Poza nimi znalazł się tu jeszcze dosyć dziwny robot z dwoma szklankami w uchwytach – w pierwszym Galaktycznym Odkrywcy się akurat nie pojawił, ale to niemalże kopia jeden do jednego z późniejszych zestawów – i on akurat był tu raczej zbędny, mi jakoś się ten dodatek średnio podoba, no i do tego trudno go zmieścić we wnętrzu statku. Ale to detal.
To była kolejna recenzja o dziwnym formacie, ale ten wyjątkowy zestaw raczej tego wymagał, bo Galaktyczny Odkrywca jest obłędny. To ogromny, przepełniony detalami, przepiękny model o niespotykanym już dzisiaj klimacie, który pokazuje, że Classic Space jest po prostu ponadczasowe, i składa hołd długiej historii kosmicznych tematyk LEGO.
Oferuje on ciekawy, pełen zabawy proces budowy, parę naprawdę świetnych funkcji zabawowych i widać, że był to duży priorytet w firmie, dodatkowo świetnie wyceniony i wciąż dostępny taniej niż zwykle, mimo, że wycofano go rok temu. (To bardzo dziwne, swoją drogą, ale trzeba się cieszyć).
A nawet, jeśli nie podoba wam się ostateczny model, to LEGO oferuje też cyfrowe instrukcje do dwóch alternatywnych budowli, odwzorowujących dwa mniejsze zestawy z Classic Space – coś takiego rzadko się zdarza. Jestem pewien, że Galaktyczny Odkrywca szybko zyska status ikonicznego, bo wątpię, abyśmy w najbliższych latach dostali podobny model.